|
Sobota rano. Leje deszcz. Miny mamy zawiedzione. Dokąd nie przestanie
padać nie mamy się gdzie śpieszyć. Po późnym śniadaniu wyruszamy w
teren. Sennym rytmem jedziemy wzdłuż Dunajca. Spotykamy pojedyncze
tratwy z zawziętymi, nie baczącymi na warunki pogodowe, turystami, dla
których jesteśmy pełni podziwu. Niskie chmury uniemożliwiają nam
podziwianie szczytów Trzech Koron. Wracamy do Nowego Targu. Ela i Jasiek
zaprosili nas na domowy obiad. Pyszne rumsztyki prze nich przygotowane
wywołują uśmiech.
Po obiedzie wyruszamy na konie. Jestem w swoim żywiole. Kocham konie.
Mogę z nimi spędzać czas bez ograniczeń, nie czując głodu, pragnienia
czy uciekającego czasu. Kasia ma piękną klacz Lizę. To na niej będziemy
jeździć.

Johny w kapeluszu wygląda jak John Wayne. Z dumą dosiada konia i poddaje
swe ciało jego ruchom. Po jego twarzy widać rozluźnienie i zadowolenie z
tej chwili.


Jako następna ja dosiadam Lizy.

Mam złe przeczucia, nie puszczam się Jaśka ręki. Nad rzeką spotykamy
jadący traktor. Klacz robi się niespokojna. Jego warkot denerwuje ją.
Ściskam mocniej Jaśka rękę. Liza zaczyna wierzgać, podrzucać mnie, chce
jak najszybciej uciec od tego warkotu. Jasiek chce mnie ściągnąć. Kasi
udaje się uspokoić konia. Moje serce wali jak dzwon. Lizy zapewne też.
Kasia i Jasiek mają twarze pokerzystów. Potem Jasiek przyzna się jak
mocno był przestraszony. Na uspokojenie robimy ostatnią rundę po łące.
Przed zejściem z Lizy przytulam się do jej szyi. Wiem, że nie chciała.
Jednak po tym przeżyciu nogi mam jak z waty. Robi się zimno. Dobrze mi
robi na uspokojenie i rozgrzanie herbata z rumem. Pod wiatą na grillu
smażą się kiełbaski. Naszą Kasię nie zniechęca moja przygoda. Wsiada na
Lizę. Dzwoni Kuba, dzieli się z nami sukcesem Tadeusza, który po raz
szósty został Mistrzem Polski w trialu. Cieszymy się i jesteśmy dumni.
Dzień się kończy, robi się ciemno. Wracamy. Jutro, jeśli pogoda będzie
nam sprzyjała, polatamy z ptakami. Jutro też wracamy do domu.
|