|
Niedziela rano. Po przebudzeniu każdy z nas kieruje wzrok w stronę okna.
Nie pada. Jest więc szansa na spełnienie się jednego z najskrytszych
marzeń przede wszystkim Anety. Wyruszamy w teren. Pod Waksmundem, jest
odpowiednia górka. Z niej to polecimy razem z Władkiem, instruktorem
paralotniowym pierwszego stopnia, taternikiem i alpinistą, uczestnikiem
wielu wypraw w Alpy i Andy.

Jest mgła. Czekamy aż ustąpi. Witek, pracownik GOPR przywozi dla Anety
kołnierz usztywniający szyje. Patrzymy w mgłę jak w szklaną kulę. Wydaje
się, że w tym czekaniu czas stanął w miejscu. Po prawie dwóch godzinach
powoli wyłaniają się pierwsze krzaczki, drzewa, potem zaczyna być widać
Dunajec, a na końcu Waksmund. Teraz musi nam zacząć sprzyjać wiatr.
Zdecydowano, że lecę pierwsza. Władek z Wojtkiem ubierają mnie w uprząż.

Między nią a czaszą paralotni jest mnóstwo kolorowych, cienkich linek.
Nie czuję strachu. Martwię się jedynie o start i lądowanie. Nie mam
pojęcia jak to będzie wyglądało. Mamy wiatr. Wojtek z Grześkiem Kasi są
tymi, którzy nas będą wypuszczać. Z lewej za uprząż chwyta mnie Wojtek,
z prawej Grzesiek.
- Na moje PUŚĆ, puścicie uprząż – instruuje Władek.
Rozpędzamy się...
- PUŚĆ!

i... lecimy... Jej!! Ale cudowne uczucie, wzbić się wysoko, poczuć wiatr
na twarzy, usłyszeć jego świst w uszach i mieć świat u stóp. Już wiem,
co czują ptaki wzbijając się w powietrze oraz dlaczego jest tylu
pasjonatów latania. Poczułam wolność, ukochaną i upragniona wolność.
Słyszę krzyk Grzegorza filmującego z dołu to wydarzenie:
- Ona lata!!!!
To niesamowite, ja latam!! Rozpiera mnie szczęście. Chciałabym tak bez
końca zwiedzać przestworza. Co mi tam teraz troski i smutek, zostawiłam
je na ziemi. Tu nie liczy się nic. Podchodzimy do lądowania. Czuję
niedosyt, za krótko trwał lot. Wiem, że gdyby trwał o wiele dłużej i tak
byłoby mi mało. Lądowanie było spokojne. Rzuca się na mnie
z gratulacjami Grześ Gaj.
- Aga! Witaj w świecie ptaszków!!!!
Całą sobą odczuwam radość, radość istnienia i spełnienia. Warto było
dożyć tej chwili. Kiedyś bałam się wysokości. Teraz pokonałam ten lęk i
już wiem, że potrafię pokonać wszystko, że dam radę stawić czoła
przeciwnościom losu.
Pakujemy się z czaszą paralotni do łaza Wojtka. Wjeżdżamy na górę.

Następna leci Aneta. W jej oczach widać coś, co jest trudne do opisania.
Dla bezpieczeństwa jest uzbrojona po zęby, ale poleci. Wojtek z
Grześkiem trzymają Anetę za uprząż. Rozpędzają się.
- PUŚĆ!
i... lecą!! Ale to fantastycznie wygląda. Mamy łzy w oczach. Anecie po
wylądowaniu łzy wzruszenia płyną po policzkach.
- Dlaczego tak krótko?! Ja chcę jeszcze Raz! – powiedziała Aneta
Dlaczego wysiadł nam aparat?! Akurat w takim momencie!
Wiatr jest niepewny. Może osłabnąć. Trzeba wykorzystać jego obecną siłę.
Teraz poleci Johny, jest cięższy od Kasi. Po wystartowaniu słychać jego
śmiech. Władek wydłuża ich lot. Po wylądowaniu Johny pełen spełnienia
kładzie się na pobliskiej kupce siana patrząc w niebo, z którego
dopiero, co „spadł”.
Wreszcie Kasia doczekała się oderwania nóg od ziemi i poszybowania z
ptakami. Nie była zdenerwowana, przynajmniej nie dała tego po sobie
poznać. Wręcz przeciwnie, poczuła przyziemny głód i zjadła przed startem
bułkę. Wylądowała niedaleko rozmarzonego Johnego, jak poprzednicy równie
szczęśliwie.
Ostatnie uniesienie i pierwsze loty na paralotni grupy niepełnosprawnych
Marzycieli przechodzą do historii. Pozostają nam w głowie „motyle”
marzeń by jeszcze kiedyś, jak i one, odbić się od ziemi. Zjeżdżamy łazem
w dół. Serduszka wszystkich są pełne radości. Wojtek, jak Dobry
Czarodziej, spełnił nasze marzenia, udało się nam wznieść w powietrze.
Dzięki Niemu i ekipie to, co wydawało się niemożliwe, urzeczywistniło
się. Do końca życia zachowamy w pamięci i sercach te wzruszające chwile
oraz Tych ludzi dobrego i jakże Wielkiego Serca.
Dzwoni Dorota. Nie może uwierzyć, że odważyliśmy się latać. Jest z nas
dumna. Bardzo żałuje, że nie mogła być tego świadkiem.
|